Polecamy opowiadania

          Wciąż się przeoblekam, choć zrzucanie kolejnych warstw przychodzi mi z coraz większym trudem. Piszę te słowa, mając świadomość, że zostało niewiele do uzupełnienia. Nie chodzi tylko o okoliczności, w których się znalazłam, ale także o wynikające z pewnych powodów załamanie nerwowe, rozprzestrzeniające się z nieustępliwością podobną do pochłaniającej podwodne miasto choroby. Z każdym dniem oddalam się od równowagi psychicznej, na chybotliwej łódce odpływam od wyspy rozsądku ku otwartym wodom oceanu szaleństwa. Czasami wmawiam sobie, że mogło być gorzej…

Czytaj więcej

        Niedługo po kolejnej burzy pyłowej na niewielkim, mało uczęszczanym lotnisku, zagubionym na pustkowiach wyżyny Laras wylądował dwumiejscowy kopter z parą lekarzy na pokładzie. Tym razem nie chodziło jednak o zwykłe międzylądowanie, połączone z regeneracją ogniw maszyny, udającej się na soliański zachód. Zasypywane przez pustynny pył lądowisko, na wyrost zwane „Portem lotniczym Duisberg Landing Site-225” niespodziewanie okazało się celem podróży medyków, a kilkuosobowa, szkieletowa załoga zapomnianej placówki została wezwana do mesy. Oficjalny powód, badania profilaktyczne personelu, zlecone przez Duisberg Corporation brzmiał co najmniej niecodziennie…

Czytaj dalej

        Malutką, przytulną i ciemną chałupinę Babuszki uważałem za dom nawiedzony, ale po latach wiem, że tak naprawdę natchniona była jej właścicielka – kobiecina w kwiecistej chuścinie i szarej zapasce, która nigdy się nie brudziła, a przecież staruszka błąkała się w niej po lesie, przynosiła chrust (w tamtych czasach nie było to uważane za kradzież), paliła w piecu i ocierała łzy, gdy za długo wpatrywała się w słońce.
Na Podlasie przyjeżdżaliśmy w wakacje, coś w stylu agroturystyki w wydaniu lat pięćdziesiątych. Moi rodzice poznali Babuszkę jeszcze na wygnaniu, można powiedzieć, że uratowała im życie. Oni, wykształcone mieszczuchy i ona, prosta babinka z akcentem zalatującym śledzikiem. Anioł o śpiewnej mowie, mający zawsze dla innych posłanie ze słomy i kawałek gliniastego chleba….

Czytaj dalej

    — Dokąd jedziemy? — spytał, gdy May otwierała drzwi po stronie kierowcy.
— Dokąd chcesz. Ty decydujesz. — Uśmiechnęła się wyrozumiale. — Wsiadaj. Z drugiej strony — podpowiedziała.
Opuścił głowę i posłusznie obszedł solarochód. May czekała z dobrze skrywanym napięciem, czy towarzysz poradzi sobie z zajęciem miejsca w pojeździe, ale na szczęście odnalazł dotykową klamkę bez pudła. Dopiero wtedy sama usiadła na fotelu kierowcy. Mark nieco sztywno poszedł w jej ślady i dokładnie skopiował jej ruch, gdy zamykała drzwi samochodu.
— Czemu tym? — Tęsknie spojrzał na parkujący obok tradycyjny pick-up. — Nie możemy wziąć tamtego?
— Nie możemy zabrać cudzego wozu. — May założyła okulary słoneczne, uruchomiła silnik i gdy samochód wytaczał się z parkingu pod instytutem, spytała: — Co jest nie tak z moim?
— Nie ma przeszłości — odrzekł, starannie dobierając słowa…

Czytaj dalej

        Przez cały czas było świadome tego, co dzieje się wokoło. Może z początku nieco zdezorientowane, ale szybko przywykło do zmiany i opanowało trudną sztukę chłodnego wyciągania wniosków z nieustannie napływających informacji i interpretowania trylionów zmiennych. Czasem, gdy sprzeczne dane wprowadzały dysonans w uporządkowane ciągi obliczeń, ulegało irytacji i pozwalało — na chwilę — dochodzić do głosu atawistycznym emocjom. Ale i z tym nauczyło się radzić. Metodą prób i błędów opracowało sposób matematycznego opisu uczuć. Umiało przedstawić liczbowo żal, smutek, strach czy niechęć, zmierzyć ich natężenie i opisać rozkład w czasie, by potem zanalizować i niejako oswoić te pochodzące z różnych źródeł zakłócenia. Wykresy często zachodziły na siebie, zwłaszcza w momentach szczególnie doniosłych doznań, szybko jednak rozpadały się na kilka, często bardzo odległych, składowych…

Czytaj dalej

          Mikrodrony obudziły Jakuba przed umownym świtem, zanim komputer zaczął stopniowo zwiększać moc oświetlenia. Leżąc z zamkniętymi oczami, Radoniuk wsłuchiwał się w delikatne buczenie krążącej po pokoju „ćmy”. Do pierwszej dołączyła wkrótce kolejna. Powietrze, tłoczone do mieszkań podpoziomu drugiego przez coraz bardziej obciążony system podtrzymania życia, było niskiej jakości i znów przyprawiło go o ból głowy, ale i tak żyło się tu lepiej, niż na minus trójce przeznaczonej dla biedoty.
          Detektyw uniósł nieco powieki, choć w mroku nie mógł dostrzec miniaturowych, ciemnych maszyn. Rejestrujące, śledzące czy ułomne? Automaty, niegdyś pomagające służbom planetarnym i dziennikarzom, wymknęły się spod kontroli i zaczęły powielać. Przy kopiowaniu oprogramowania coraz częściej dochodziło do błędów i większość mikrodronów nie posiadała już szpiegowskich zdolności swych przodków. Stały się jedynie dokuczliwą plagą, przypominającą ziemskie owady…

Czytaj dalej

          Dumnie prezentowane na ścianie świadectwo ukończenia prestiżowej uczelni, zaświadczenie od gremium lekarskiego czy ukończenie specjalistycznego kursu nie są potrzebne, by doświadczać piękna. Nawet znajomość nazw obserwowanych zjawisk. Wystarczą działające podstawowe zmysły i ta rezonująca zachwytem szczypta wrażliwości, zrównująca bogaczy i biedaków niczym śmierć.
           Stary mężczyzna zafascynowany obserwował różowo-pomarańczowy, hipnotyzujący spektakl świetlny. Bezwietrzny wschód słońca obejmował w posiadanie wielkie osiedle mieszkaniowe, na którym mieszkał. Na parapecie rodziły się cienie, za oknem poranne ptaki zaczęły wesołe przekomarzania. Mężczyzna spojrzał na wiszące na ścianie pożółkłe życzenia z okazji przejścia na emeryturę, następnie przeniósł wzrok na sąsiadującą ramkę ze zdjęciami. Wesoły młodzieniec uśmiechnął się i wbiegł z animuszem do morza, otoczony wielkimi fontannami wody. Cykl powtórzył się. Przedstawiona na filmie postać wydawała się tak znajoma… 

Czytaj dalej

          Kolejne wspomnienie muzyczne. Mam siedemnaście lat. Jest czerwiec. Świadectwo ląduje w szufladzie, a ja zaczynam się włóczyć. Noce są ciepłe, czereśnie sąsiadów smakują jak zakazany owoc. Kradzież w świetle księżyca uchodzi na sucho. Nikt nas nie widzi, a gęby od czereśniowego soku wyglądają jak rozkwaszone ręką boksera. Włosy mam już długie, dżinsy odpowiednio podarte. Pierwszy szlug gryzie w gardło jak święty ogień. Gandzia, tanie wino, rozkosz letniej nocy. Wolność szczeniaka, któremu zdjęto smycz i puszczono na ogród…

Czytaj dalej

          Świeczka zaniemogła: oparła się o szklaną ścianę wewnątrz lampionu ogrodowego, podkurczyła krawędzie, noga wygięła się nienaturalnie. Przypominała bezdomnych, których widuje się pod dworcem, i brakowało jej tylko przeżartej brudem dłoni wyciągniętej ku przechodniom. Nie można było jednoznacznie stwierdzić, gdzie ma przód, gdzie tył – srebrzystoszara powierzchnia nie nosiła żadnych oznak, które pomogłyby to zidentyfikować. Trudno uznać, czy opierała się o ściankę plecami, bokiem czy czołem – tkwiła tam krzywo jak wieża w Pizie, a domownicy mogli tylko przycinać jej stopę, by przywrócić ją do pionu. A ona za każdym razem, gdy wyszło słońce, topniała w zmęczeniu, w ukropie i w utrapieniu i chyliła się zawsze w tę samą stronę…

Czytaj dalej

          Generał Lin kochał wiele rzeczy, więc na pytanie „Co generał Lin kocha w życiu najbardziej?” można było usłyszeć wiele odpowiedzi.
          Szanowna pani Lin powiedziałaby, że generał najbardziej na świecie kochał syna. Syn oznajmiłby, że największą miłością ojca jest ojczyzna. Ojczyzna nie rzekłaby ani słowa, ale ci z wyższych rangą członków Komitetu Centralnego, którzy o Linie słyszeli, uznaliby że najbardziej kochał pracę. Koledzy z Chińskiej Akademii Nauk i podkomendni generała chórem orzekliby natomiast, że jego największą miłością jest żona…

Czytaj dalej

Polecamy wiersze

W moim mieście arlekin tuli się do szyby,
po policzku łza spływa – odłamek kryształu
pieści maskę woskową albo z twardej gliny.

Rozpacza głupi pajac, bojąc się godziny,
gdy przyjdzie twarz odsłonić – bezczelnie lub śmiało
w moim mieście arlekin tuli się do szyby…

Czytaj dalej

skrząca pierzyca jodliście przyszpilona
mgli się gęstnieje wzrok wyścieła szkliwem
bielmo skłębione pod sosrębem nieba
równię rozwieszcza i wyrzedza z wołań

poszum szeptowisk szarodzwonno brzmi
poszept szumowisk – stromosrogo brzmi

Czytaj dalej

I.
Roxanne,
You don’t have to put on the red light

Stare Miasto nigdy nie zasypia. Wciska się w mieszkania,
dogasające jak knoty, jedno po drugim.

Tutaj środek nocy jest środkiem dnia
dla kotów – wiecznych wędrowców i kobiet,
z których każda mogłaby być Roxanne.
Wydaje się, że ich byt tu i teraz, określa tylko jaskrawość
czerwonych sukienek, nawołujących z pustki w pustkę…

Czytaj dalej

gotyk zamyka sklepienie, już anioły
grają cis dur nad drogą. panuje tu buk,
wyciąga on dłonie do świtu a tam – olśnienie,
cień daje pomruk wilgoci. oddech lasu…

Czytaj dalej

Szkoda kartki.
Ile zajmie ten wiersz, linijkę? Dwie?
A potem biel, jakby śnieg posypał
wszystko co niewymowne.
Zaczyna się od gęsiej skórki…

Czytaj dalej

Aż w końcu najistotniejszym pytaniem
jest to: czyta?
Czy wie, że to akurat ten moment, wtedy
pomiędzy roześmianym piaskiem
a trawą uwierającą w palce, dłoń…

Czytaj dalej

Sama powiedz.

Pomiędzy tymi wszystkimi nocami
bez chociażby skrawka mnie,
wskaż gwiazdę która nie spadnie od spojrzeń
i nie rozwali nam mieszkań, trawników.
A potem jeszcze zabierz z niej piach i schowaj
jak tylko Ty potrafisz…

Czytaj dalej

tamtej nocy zamajaczyły mi się
rozbudzone szarpnięciem pępowiny
chciały dogonić przyszłość…

Czytaj dalej

Uwielbiam, gdy Budda się śmieje.
To jakby sens schodził na ziemię
bez sztampy, bez modlitw, wprost bosssko…

Czytaj dalej

powiedz mi drogi synu czy to ma znaczenie
żeś zrodzony bez ojca lub że twoim ojcem
był załóżmy zapchlony pospolicie
burek
i ten burek przy budzie z nadmurszałych desek
nie wyłożonej siankiem ani żadną szmatą
ani słomą bo słoma potrzebniejsza w butach
trząsł sobą jak osika i sikał na drogę
wytyczoną przez łańcuch dokoła ojczyzny
(podkreślę dla jasności – padającej budy)…

Czytaj dalej